Wędliny Domowe
Drukuj

Zrób To Sam

ANDRZEJ ZAGRODZKI

Uff, jak gorąco. Koniec sierpnia to nie jest dobry moment na rozpoczynanie warki, zwłaszcza jeśli mieszka się w małym mieszkaniu. 27 stopni to dla drożdży śmiertelna temperatura, a bez nich o piwie nie ma co marzyć. Piotr Bodner czeka więc na chłodniejsze tygodnie. Wtedy wraz z bratem Robertem zabiorą się za swoją kolejną, jubileuszową, dziesiątą warkę.

Browar w domu

Warka to proces warzenia piwa. Zdaniem większości amatorów złocistego trunku możliwy do zrealizowania jedynie w browarze. Piotr Bodner też tak myślał, do momentu kiedy w „Teleexpressie" zobaczył człowieka, który we własnym domu warzy piwo. To otworzyło przed nim nowe horyzonty, bo jako piwosz-smakosz był już zmęczony przemysłową masówką, którą zawalone są sklepowe półki. Niby wybór ogromny, a przecież to wszystko piwa jednego typu - lager. Pełne, jasne, dolnej fermentacji, z dużą zawartością alkoholu, czasem uzyskiwaną poprzez dolewanie spirytusu (dla prawdziwego piwosza to zbrodnia). Jeśli ktoś chciałby napić się polskiego piwa pszenicznego, to go nie uświadczy, bo ostatnie, słynne Grodziskie, znikło z rynku.
Piotr Bodner, przeszukując Internet, trafił na stronę browamator.pl propagującą piwowarstwo domowe, a także oferującą surowce i sprzęt do samodzielnej produkcji piwa. Po naradzie z bratem postanowili, że i oni napiją się trunku, którego sami sobie nawarzą. Kupili więc brew-kit, czyli zestaw zrób to sam dla początkującego domowego piwowara. Wszystko już przygotowane, odmierzone. Nachmielony ekstrakt słodowy wystarczy rozcieńczyć, zagotować, przelać do fermentatora, dodać drożdży i poczekać cierpliwie siedem dni. Niby sprawa prosta, a jednak nie do końca.
- To, co nam wyszło, w smaku przypominało nieco piwo - wspomina skromnie efekt pierwszej warki Piotr Bodner. Choć zdarzyło się to zaledwie kilka miesięcy temu, dziś uznawany jest za wschodzącą gwiazdę polskiego piwowarstwa domowego. Na nie dawnym III Ogólnopolskim Konkursie Piw Domowych w Żywcu, w kategorii piw pszenicznych, trunek, jaki z bratem uwarzyli, zajął pierwsze miejsce i stał się prawdziwym wydarzeniem. Zawodowi piwowarzy byli pod wrażeniem.
- To dopiero początek rewolucji. Piwowarstwo domowe może zmienić polski rynek piwny, tak jak zmieniło go w USA - przekonuje Robert Makłowicz, juror żywieckiego konkursu. W Ameryce homebrewering jest zjawiskiem na tyle znaczącym, że pod jego wpływem wielkie koncerny piwne zaczęły wprowadzać nowe piwa dla smakoszy. Bo piwo to nie tylko lagery, którymi nas raczą polskie browary, lecz dziesiątki innych odmian - piwa pszeniczne, klasztorne, typu belgijskiego, ale, koźlaki, stouty itd. Takie, jakie dziś w Polsce piwosze robią sami po domach.

Zostań masarzem

Domowa rewolucja nie ominęła także innych kulinarnych dziedzin. Metodę zrób to sam coraz częściej stosują amatorzy dobrych wędlin. Na stronie wędliny domowe.pl dzielą się radami, jak najlepiej zrobić samodzielnie szynkę, baleron i kiełbasy. Okazuje się, że w mieszkaniu w bloku można nie tylko dokonać rozbioru mięsa, zapeklować szynkę, ale także ją... uwędzić. Domowi masarze mówią o sobie wędzarnicza brać (pozdrowienie - czuj dym!). Na swojej stronie internetowej składają rewolucyjną deklarację: „Postanowiliśmy, że zerwiemy z tą całą »nowoczesną produkcją« masarską, gdzie jest jedynie miejsce na chemię i wodę". Domowy masarz o pseudonimie Jarek Zielona Pietruszka myśl tę rozwija słowem rymowanym: „wędzą, wędzą się mięsiwa/od zapachu rośnie głowa/będzie to szynka prawdziwa/ a nie kupna - constarowa".

- Ludzie nie mają zaufania do produktów przemysłowych, dlatego coraz częściej robią je sobie sami - mówi Grzegorz Wójcik z siemianowickiej firmy ABC zaopatrującej domowych piekarzy. Moda na robienie chleba w do mu przywędrowała do nas niedawno z Zachodu. Nawet w czasach PRL, kiedy rynkowe braki zmuszały Polaków do samodzielności, nikt chleba sam nie piekł. Dziś jest inaczej, głównie za sprawą domowych maszyn piekarniczych, które znacznie ułatwiają zadanie.
- Wystarczy wsypać składniki, dolać wody, uruchomić maszynę i chleb gotowy. Maszynę można załadować wieczorem i zaprogramować tak, by rano czekało na nas świeże pieczywo - wyjaśnia Grzegorz Wójcik. Jego firma, która dotychczas zajmowała się zaopatrzeniem piekarń, dostrzegła niszę rynkową i od niedawna sprzedaje piekarzom domowym automaty oraz gotowe mieszanki do produkcji chleba. Są robione ze specjalnej mąki typu 750-850, niedostępnej w normalnej sprzedaży detalicznej. W skład takiego zestawu wchodzi też suchy kwas, słód, czasem dodatki smakowe. Chleb uzyskany domowym sposobem nie jest tańszy (czasem droższy) od sklepowego, ale - jak twierdzi właściciel firmy ABC - ludzie nasłuchali się o stosowanych przez piekarnie chemicznych polepszaczach, więc wolą zapłacić więcej za pieczywo, które sami upiekli.
Nieco inaczej wygląda rachunek ekonomiczny w przypadku piwa. To na sklepowych półkach obciążone jest potężnym podatkiem, więc zrobione samodzielnie kosztuje nieco taniej (1-3 zł za butelkę). Jednak mało który piwowar domowy deklaruje, że warzy z oszczędności. Większość robi to z zamiłowania do piwa i potrzeby własnej ekspresji. Inwestują spore pieniądze w sprzęt - kotły do warzenia, kadzie filtracyjne, fermentatory, termometry, wskaźniki ph, butelki, urządzenia do kapslowania. Niektórzy nawet sami drukują etykiety, choć piw domowych sprzedawać nie wolno (samo warzenie jest legalne). Najbardziej radykalni w przydomowych ogródkach sadzą chmiel oraz sami robią zacier słodowy. Zdarzają się nawet i tacy, którzy sami wytwarzają słód, czego nawet przemysłowe browary nie robią (zajmują się tym słodownie). Wszystko po to, by jak najbardziej izolować się od gotowych produktów.
Własne wino z własnym serem
W rewolucji sobieradków Internet oddaje nieocenione usługi. Rewolucjoniści w sieci zbierają niezbędne informacje, dzielą się wrażeniami i poradami, wspierają, robią zakupy. Coraz więcej firm dostrzega ich potrzeby. Firma ABC prowadzi sklep internetowy mieszanki.pl, radząc domowym piekarzom, jak samemu upiec chleb, i oferując w sprzedaży wysyłkowej potrzebne surowce oraz akcesoria. Podobne usługi piwowarom oddaje sklep browamator.pl. Jego współwłaściciel Ziemowit Fałat, który pod koniec lat 90. brał udział w tworzeniu polskiego ruchu piwowarów domowych jako redaktor nieistniejącego już magazynu „Piwosz bezalkoholowy" (podtytuł „wiadomości jasne i pełne"), ocenia, że w Polsce już kilka tysięcy osób bawi się w domowe warzenie piwa. Firm, które je zaopatrują, jest zaledwie kilka, więc biznes się kręci. Stoiska ze sprzętem i podstawowymi surowcami do domowej produkcji piwa pojawiły się już w niektórych hipermarketach. Trzeba jednak trzymać rękę na pulsie i rozszerzać ofertę, bo klient jest kapryśny i zna się na rzeczy.
Rewolucja nie ominęła także amatorów wina. Wprawdzie tylko nieliczni i zamożni decydują się na zakładanie własnych winnic i tłoczenie wina, ale i bez tego można sobie zrobić w domu własne cabernet albo merlot. Dostępne są zestawy (wine-kit) zawierające koncentrat winogronowy oraz szczep drożdży. W ten sposób można uzyskać zupełnie przyzwoitej jakości wino stołowe, a za to sporo tańsze (48 zł za zestaw, z którego powstaje 6 butelek 0,75 l). Do wina pasuje ser. Domowej roboty oczywiście. Ziemowit Fałat szykuje się więc do wprowadzenia na rynek mleczarskich zestawów zrób to sam. Mleczarze domowi będą sobie mogli robić samodzielnie sery pleśniowe.
Rewolucja sobieradków jest buntem przeciw współczesnej, zuniformizowanej i globalnej cywilizacji, która oferuje nam wszędzie te same typowe produkty. Zdaniem Roberta Makłowicza, to potrzeba własnej ekspresji twórczej pcha ludzi do samodzielnego robienia tego, co teoretycznie mogliby sobie kupić w sklepie. Nie tylko produktów spożywczych, ale również przemysłowych.
W USA najdynamiczniej rozwijającym się segmentem prasy są czasopisma dla majsterkowiczów. Mamy w tym swój udział, bo to słynna Martha Stewart, nasza półkrwi rodaczka, przekonała Amerykanów do samodzielnego wykonywania rozmaitych, często skomplikowanych i pracochłonnych, prac związanych z urządzaniem i zdobieniem domu. Zrobiła na tym niezły interes.
Rewolucję sobieradków globalna gospodarka stara się skomercjalizować. Najlepszym tego przykładem jest koncern Ikea. Jego światowa kariera zbudowana jest na kreatywności i zaradności klientów, którzy wybrane meble kupują w zestawach typu zrób to sam. Sami je sobie przywożą do domu w paczce, sami montują, c/.asem także sami wykańczają.
- Naszymi klientami są głównie młodzi mieszkańcy miast ze średnim lub wyższym wykształceniem. Zwykle młode rodziny zagospodarowujące pierwsze mieszkanie - wyjaśnia Joanna Łozińska. Ikea Polska, dodając, że od pewnego czasu firma obserwuje wzrost zainteresowania meblami w paczkach również ze strony ludzi ze starszego pokolenia.
Dzięki sobieradkom nieźle żyją markety budowlane, bo majsterkowicze stanowią ważną część klienteli. Mogą się lam zaopatrzyć w specjalistyczne narzędzia, a także kupić potrzebne do samodzielnych prac elementy. Wielu producentów wyczuło koniunkturę i klientom sobieradkom oferuje fachowe porady, instruując, jak na przykład samodzielnie zbudować ścianę działową z płyt kartonowe-gipsowych czy zainstalować muszlę klozetową. Oczywiście przy użyciu ich produktów.


W sieci Leroy Merlin sporym powodzeniem cieszą się usługi cięcia płyt i blatów na pile tarczowej. Klienci indywidualni stanowią tam 90 proc. ogółu kupujących. Dlatego firma postanowiła przyjrzeć im się dokładniej. Okazało się, że jedynie 28 proc. zadeklarowało, że nie są majsterkowiczami. Reszta przyznała się do samodzielnego wykonywania rozmaitych prac technicznych, na ogół wysoko oceniając swoje umiejętności.
Wojciech Nadolny z Przyrzecza na Pomorzu, konstruktor jachtów do samodzielnego montażu, uważa, że to dobre samopoczucie jest nieuzasadnione.
- Dziś wiele osób nie potrafi nawet śrubokrętem poprawnie się posługiwać. Kiedyś tak nie było - narzeka Nadolny, który jako pierwszy w Polsce, już w połowie lat 80., robił „żaglówki z paczki". Ostatnio się zniechęcił, bo klienci zrobili się grymaśni. Chcą, żeby im wszystko pasowało jak w klockach lego,
i kiedy się okazuje, że czasem coś trzeba lekko podciąć lub podpiłować, zamiast wziąć narzędzie do ręki, łapią za słuchawkę i od razu z pretensjami. Dlatego nastawił się na remonty starych, zabytkowych jachtów lub realizację indywidualnych zamówień. Do produkcji żaglówek z paczki zapalił się jednak syn i to on chce przejąć od ojca firmę. Ale na razie robi doktorat. Zajmie się tym już jako doktor Nadolny.
Spora część pływających po polskich jeziorach żaglówek została samodzielnie zbudowana przez żeglarzy. W Polsce działa kilka firm oferujących skorupy wykonane z tworzywa sztucznego, które zainteresowani sami wykańczają i wyposażają. W ten sposób można stosunkowo niskim kosztem stać się właścicielem żaglówki. Podobnie postępują amatorzy sprzętu komputerowego, którzy sami sobie składają maszyny z kupowanych indywidualnie podzespołów.
Składak Ferrari
Dużo większym wyzwaniem dla sobieradka jest budowa samochodu. W ten sposób można stać się na przykład właścicielem repliki słynnego Lotusa Seven czy też auta do złudzenia przypominającego Ferrari F40. W Polsce działa już kilkanaście firm oferujących kit-cars, czyli samochody z paczki.
Jedną z nich jest Tiger Racing z Bogucina koło Poznania, która oferuje repliki trzech słynnych niegdyś brytyjskich aut: Lotusa Seven, Morgana oraz AC Cobra. Wszystkie na brytyjskiej licencji. Wielka Brytania to ojczyzna samochodów do składania. Narodziły się w latach 50. jako efekt ówczesnego ustawodawstwa brytyjskiego, które nakładało na samochody o charakterze sportowym wysoki podatek od luksusu. Osoba, która samodzielnie auto zbudowała, takiego podatku nie płaciła. Dziś w Wielkiej Brytanii produkuje się 18 tyś. zestawów kit-cars rocznie. W Polsce kilkadziesiąt. Ile ich wytwarza Tiger Racing?
- Nie ujawniamy, ile produkujemy samochodów ani komu sprzedajemy - deklaruje Bartosz Cieluch, współwłaściciel firmy, dodając, że Tiger oferuje auta na każdą kieszeń. Koszt budowy Lotusa Seven zaczyna się od 18 tyś. zł, Morgana od 50 tyś., a AC Cobra może przekroczyć nawet 200 tyś. zł, jeśli pod maskę trafi silnik od Jaguara XJS. Bo do samodzielnej budowy repliki, poza elementami dostarczanymi przez firmę, potrzebne są też podzespoły od „dawcy narządów", czyli współczesnego, najlepiej używanego, samochodu (najczęściej Forda Sierra albo Scorpio).
- Samodzielny montaż Lotusa wymaga 300 roboczogodzin, czyli w praktyce trwa trzy miesiące. NadMorganem trzeba popracować dużo dłużej, nawet rok- wyjaśnia Bartosz Cieluch.
Sobieradkom-weteranom łza się w oku kręci: przecież to już kiedyś było! Tyle tylko, że samochód do samodzielnego montażu nie nazywał się kit-car, ale dużo prościej - maluch-składak. Cała sztuka polegała na zdobyciu nadwozia małego Fiata oraz pozostałych podzespołów. Sam montaż to już była dziecinna igraszka. Radości z takiego składaka nie zrozumie dzisiejszy sobieradek. Nawet jeśli będzie piwowarem domowym, który po udanej warce wybierze się na przejażdżkę własnoręcznie zmontowaną repliką Ferrari.
ANDRZEJ ZAGRODZKI

Nadesłał: jarek_zielona_pietruszka

Dodaj komentarz

Uwaga!
Administracja nie posiada żadnych dodatkowy zdjęć/planów/projektów dotyczących
prezentowanych na stronie wędzarni!

Kod antyspamowy
Odśwież