Wędliny Domowe
Drukuj

Witam.

Jakoś sie dopchałam, więc wreszcie mogę pokazać moje świąteczne wędzenie.
Jedno ostrzeżenie! - niektóre zdjecia są troche drastyczne - te z siekierką :)
Nasza świnka przywieziona została z podmiejskiej wioski. Ale wcześniej mój mąż ze szwagrem pomagali gospodarzowi w jej uboju, sparzeniu, skrobaniu i innym niezbędnym zabiegom. Zapowiedziałam również, że dla mnie koniecznie muszą przywieść także żołądek do salcesonu. Tak więc po wyjęciu półtusz świnki z bagażnika samochodu, zostały one powieszone na hakach i tak studziły sie i dojrzewały przez całą noc - jedna nasza a druga dla szwagra. Długo nie mogłam zasnąć bo rozmyślałam jak i co będę przerabiać z mojej części. Wreszcie przyszedł ranek, szybkie śniadanko i do roboty!!!!
Przy porcjowaniu pomógł nam zaprzyjaźniony masarz. Poszło mu to ekspresowo - jednak co fachowiec to fachowiec.





Ale potem to już była moja robota. Mięsko podzieliłam na odpowiednie porcje - szynki i boczki do peklowania, resztę na różne porcje obiadowe, które zaraz wskoczyły do zamrożenia. Przy peklowaniu skorzystałam z tabelki DZIADKA - po prostu rewelacja! Nie musiałam główkować i kombinować tak jak przedtem. Zważyłam mięsko, odczytałam w tabelce dane - i... gotowe!
Potem zabrałam się za salceson. Zrobiłam go dokładnie tak jak poprzednim razem - peklowanie, gotowanie, krojenie, doprawianie i pakowanie w żołądek i parzenie i końcowe studzenie. Dałam jedynie mniej kolendry. W moim pierwszym salcesonie było jej sporo - gdy mąż wyciągał kanapki z pracy wszyscy wiedzieli, że ma salceson:)



No cóż, 14 dni minęło - czas na wędzenie! Nasza wędzarka urodą nie grzeszy, właściwie wstyd ją pokazywać....ale jeszcze póki nie rozsypała się - to jest. Ale najpierw jeszcze było ociekanie mięska i pakowanie w siatki - ufff, prawie już doszliśmy do wprawy i obeszło się bez niecenzuralnych okrzyków :)
Tego dnia był lekki przymrozek, krzewy i drzewa zostały bajecznie oszronione.


Ogień rozpalony, beczka zagrzana - czas na powieszenie w niej wędzonek.




No i po robocie!!!
Tradycyjnie - po wyjęciu zostały powieszone w pustej o tej porze szklarni. Takie "nowalijki inaczej".


A to wszystko tak pachniało!!!! Nie mogliśmy wytrzymać i prawie cały pasek ciepłej jeszcze słoninki został od razu spałaszowany.
Cholesterol napewno podskoczył, ale co tam! - za to ile mieliśmy przyjemnych doznań!
Dzień przed wigilią sparzyłam szynkę i boczuś a reszta sukcesywnie też zaczęła znikać w miarę wzrastania na nie apetytu. Przykro było, gdy ostatnią już ogonówkę włożyłam do parzenia. Co dobre - szybko się kończy!!!

Pozdrawiam.
Bunia.

Dodaj komentarz

Uwaga!
Administracja nie posiada żadnych dodatkowy zdjęć/planów/projektów dotyczących
prezentowanych na stronie wędzarni!

Kod antyspamowy
Odśwież