Małgoś za PRL nieliczni protegowani /nie tylko dzieci UB-eków,milicjantów,żołnierzy i innych dyżurnych wrogów z którymi walczyła cała Polska / korzystali z miejsc rektorskich i zapewniam że duży ich odsetek odpadał po pierwszym czy drugim semestrze.Pozostali musieli zdawać trudne egzaminy wstępne .Piszę o czasach w miarę normalnie działającego państwa.W stanie wojennym i zaraz po, mocno nadużyto posiadaną władzę w tej dziedzinie. Studia w czasach PRL-u były elitarne ze względu na ilość miejsc na uczelniach.Wtedy też były studia stacjonarne i zaoczne /coś na ten temat wiem /. A czy zdajemy sobie sprawę,że w tej krainie szczęśliwości jak chcą niektórzy apologeci II RP, było tylko 48 tyś.miejsc na uczelniach.Wtedy każdy absolwent był zatrudniany natychmiast i miał od razu przyzwoitą pensję. Nieszczęściem naszego szkolnictwa wyższego było przekonanie że utworzenie całego szeregu prywatnych uczelni spowoduje skok cywilizacyjny.Niestety w wielu wypadkach skończyło się to skokiem na kasę i wyprodukowano całą masę politologów,marketingowców,specjalistów od bezpieczeństwa narodowego itp.Ta zaraza nie ominęła również szkolnictwa wojskowego.Mundurowych studentów w AMW jest nieznaczny procent.Za to ilość studentów cywilnych zgłębiających tajniki hydrografii czy bezpieczeństwa morskich granic - setki.Nie muszę dodawać jakie jest zapotrzebowanie rynku pracy na te niszowe specjalności.Podobnie jest w AM /teraz same akademie /Kiedyś była to PSM na poziomie szkoły pomaturalnej i wypuszczała absolwentów zdolnych od zaraz do objęcia stanowisk oficerskich na statkach handlowych.Teraz absolwenci otrzymują tytuł magistra i pracę zawodową zaczynają od prostego majtka,bo muszą staż zaliczyć.Oprócz oczywiście studentów którzy są związani z morzem uczelnia kształci całą masę studentów z których będą specjaliści od turystyki ,eksploatacji portów,geografii i czegoś tam jeszcze.Na czym polega interes-a no na tym że państwo utrzymuje uczelnię i kadrę naukową a "cywilne" studia dostarczają satysfakcji finansowej tejże kadrze.O powiązaniach biznesowo-majątkowych kadry naukowej tych Akademii /są przecież dwie-Gdynia i Szczecin/ z prywatnymi szkołami morskimi i z systemem egzaminacyjnym Urzędów Morskich jest legendą . Nadchodzące lata będą zapewne grobem dla wielu pseudo-uczelni bo powoli rośnie świadomość,że posiadanie "śmieciowego" dyplomu nie zapewnia żadnej pracy.Znam z autopsji przypadek niezwykle inteligentnego młodego człowieka,który w czasie studiów na prywatnej uczelni chłonął wiedzę nie tylko tą wymaganą przez profesorów.Doszedł do tego,że jego wiedza była o wiele wyższa od tej posiadanej przez egzaminatora.Jego praca magisterska została zgłoszona na konkurs i zajęła tam bardzo wysokie miejsce.Otrzymał nagrodę od Ministra Szkolnictwa Wyższego.A finał -starając się o pracę i pokazując dyplom tej uczelni już na wstępie słyszy "Panu dziękujemy". Na końcu taka refleksja odnośnie stacjonarnych i tych zaocznych.Posłużę się anegdotką chętnie opowiadaną przez studentów stacjonarnych. Pytanie. Jaka jest różnica pomiędzy kanarkiem a wróblem? Odpowiedż. Żadna-oboje ukończyli Akademię Muzyczną,tylko że wróbel zaoczną. I odpowiedż z życia.Pewien mój znajomy kończył Technikum Budowy Okrętów i został zatrudniony w Centrum Techniki Morskiej.Zaocznie skończył na Politechnice Gdańskiej Wydział Budowy Okrętów i z biegiem lat jako "wróbelek" awansował na Głównego Konstruktora kierując całkiem sporym zespołem "kanarków". Po prostu-był zdolniejszy