Właśnie wróciłem z „tłustego czwartku” u znajomych. Zapodali pączki i ja, jako pierwszy skrytykowałem je, bo mi nie smakowały, waliły jakimś amoniakiem czy czymś takim. Było parę osób i jak ja na to zwróciłem uwagę, wpierw udawali, że nic nie czują, a potem też odłożyli na talerze. Powiedziałem, że w życiu nie piekłem niczego, a tym bardziej Paczków, ale gdybym tylko chciał to zrobiłbym lepsze i to za pierwszym razem. No i tak się stało, koledzy podpuścili mnie żebym udowodnił, a Panie stwierdziły, że mięso to ja umiem robić, ale lepiej żebym się nie brał za pączki. Przepłukałem gardło i poszedłem do kuchni. Ale po brodzę wszedłem ma kompa i przeczytałem recepturę Abratka. Poszło 3 kg maki, 0,5 kg cukru, ½; wody i ½; mleka, 0,5 kg masła osełkowego 82% tł, 12 jaj + 4 żółtka, 200 g drożdży i trochę olejku zapachowego wanilii, o soli zapomniałem i nie dałem. Czyli można powiedzieć, że zgodnie z przepisem Abratka. Do nadzienia poszło 4 słoików dżemów / powideł i 2 budynie waniliowe. Do pieczenia 2 kg smalcu. Wyszło 72 pączki. WSZYSTKIE ZEŻATE !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!, a te z „amoniakiem” zostały. Dzięki Abratek za prosty i przede wszystkim działający przepis. I za ten piękny wyraz twarzy gospodyń domowych, które to ponoć wszystko wiedzą, a ja nie miałem się za to brać